dziwne rzeczy podczas odmawiania nowenny
Monika: Cud modlitwy. Witam serdecznie! Szczęść Boże! Czytając świadectwa o nowennie pompejanskiej chciałabym również podzielić się moim. Tym bardziej że przecież w modlitwie jest obietnica szerzenia nowenny. W chwili obecnej odmawiam 3 nowennę. Dwie pierwsze w konkretnych intencjach.
Podczas odmawiania jednej z nowenn miałam na studiach kolejny egzamin z angielskiego (co wywoływało we mnie trudne emocje, strach, panikę, wręcz nieuzasadnione czasem, to było silniejsze ode mnie, ze względu na doświadczenia z tym przedmiotem, o których pisałam wyżej i ta przeszłość po niespełna 1 roku wróciła do mnie jak
Tak bardzo dziękuję Najświętszej Panience bo gdy straciłam całkowicie nadzieję,napotkałam info o nowennie.Muszę sie przyznać za pierwszym razem nie dotrwałam do końca ,ukończyłam jedynie cześć błagalną,potem po kilku tygodnia zdecydowałam się i postanowiłam jeszcze raz spróbować. Tak wiele łask doświadczyłam podczas odmawiania nowenny i to co było niemożliwe Maryja
Podczas odmawiania dziewiątej nowenny działy się dziwne rzeczy miałem dwa wypadki zgubiłem ulubiony różaniec, po dwóch dniach szukania znalazłem go kilka razy też rozerwał się ten różaniec nigdy wcześniej się to nie zdarzyło.
Świadectwa nowenny pompejańskiej, nadesłane do redakcji „Królowej Różańca Świętego”. OTRZYMANIE PRACY. To była moja trzecia nowenna. W tych pierwszych nie były to konkretnie sprecyzowane prośby, więc nie mogłam też dokładnie stwierdzić, czy zostały wysłuchane, chociaż i tak widziałam, że dzieje się dużo dobrych rzeczy.
naskah pidato mensyukuri nikmat allah singkat pdf. Świadectwo dotyczy Nowenny Pompejańskiej i zostało umieszczone w książce o objawieniach w Ostrożnem “Serce w Serce”autorstwa Grzegorza Kasjaniuka. Z całego serca zachęcam do poznania historii siostry Czesławy Polak. Dziś mija 4 lata odkąd zaczęłam modlić się Nowenną Pompejańską. Niech będzie chwała i cześć Dobremu Bogu, przez Serce Niepokalanej, za to co czyni we mnie i przeze mnie 🙏💞😇 Świadectwo w wersji oryginalnej 🙂 Grzegorz poprosił mnie o podzielenie się swoim świadectwem, jak Matka Boża przez Nowennę Pompejańską (Różaniec) odmieniła moje życie. Grzegorz pozostawił mi pełną wolność, więc pewnie się rozpiszę 🙂 bo i jest o czym. Zacznę sięgając mojej wczesnej młodości. Zostałam wychowana w wierzącej i praktykującej rodzinie katolickiej. Dodam tylko, że była to rodzina wielodzietna (jest nas 7 rodzeństwa – teraz już było…), niezbyt zamożna, a w sumie to nawet bardzo uboga, ale w tym momencie nie będę się na tym skupiać. Odkąd pamiętam rodzice i babcia dbali, abyśmy chodzili na nabożeństwa majowe, różańcowe, w adwencie Roraty (hartcor 6 rano!), w Wielkim Poście Droga Krzyżowa i Gorzkie Żale, a w środy chodziłam z babcią na nowennę ku czi Matko Bożej Nieustającej Pomocy. W środy spotykało się też Bractwo Matki Bożej Bolesnej (moja rodzinna parafia pw. MBB w Limanowej), do którego już w wieku 9 lat zostałam przyjęta jako najmłodsza członkini (niestety po okresie szkolnym zdaje się, zaniechałam odmawiania Koronki do Matki Bożej… ufam, że jeszcze ożywię to nabożeństwo w sobie). Powierzyłam się też Matce Bożej oddając całą siebie, pełniąc służbę w Dziewczęcej Służbie Maryjnej. Można sądzić z tego opisu, że to już prawie świętość 😉 Przez lata, różne sytuacje, okoliczności i ludzi (nie chcę wchodzić w szczegóły, bo niektóre są bolesne i po co przypominać raniąc przy tym innych) moja wiara nieco spowszedniała, wystygła, o okresowo nawet zamarzła… Rzeczy ważne zaczęłam spychać na dalszy plan i zwyczajnie lekceważyć wartości, w których zostałam wychowana. Chociaż w niedzielę do Kościółka zawsze przykładnie chodziłam, ale wewnątrz była zupełna obojętność, pustka.. na Mszy św. zdarzało mi się układać plany na dalszą część dnia i cały tydzień… Ten okres na szczęście nie trwał długo. W 1994 po niespełna półrocznym czasie od poznania, wyszłam za mąż za pewnego bardzo przystojnego mężczyznę 🙂 i nic w tym dziwnego (chociaż kiedyś miałam pragnienie pójścia do zgromadzenia Sióstr Szarytek na Warszawskiej w Krakowie), prócz faktu, że Boguś mój jest osobą niepełnosprawną, choruje na postępujący zanik mięśni, a w momencie kiedy się poznaliśmy, lekarze wydali na Niego wyrok, dając tylko 2 lata życia – dziś jesteśmy już 24 lata po ślubie! Jak widać Pana Boga nie można ograniczać, bo tylko On Dawca życia, zna jego długość. Lata małżeństwa nauczyły i ciągle uczą mnie pokory. To nieustanna służba i szukanie rozwiązań, sposobów, jak godnie i normalnie funkcjonować na co dzień, mimo ograniczeń i trudności, które nie zawsze na pierwszy rzut oka widać. Wiele osób mówi jaka to jestem wspaniała i cudowna, jaka dzielna i silna, jak mnie podziwiają 🙂 a ja jestem zwyczajna, chociaż prawie góralka 😉 a moją siłę, odwagę i moc czerpie z Krzyża Chrystusa. Wiem też, że to moje oddanie się Matce Bożej w dziewczęcych latach dzisiaj procentuje z ogromną siłą, i tylko dzięki tej Bożej pomocy jestem w stanie ogarniać problemy, które czasem mnie normalnie po ludzku przerastają. Kiedy 3 lata temu, 1 lutego 2015 roku rozpoczęliśmy wspólnie z mężem odmawiać Nowennę Pompejańską byłam w wielkim dołku psychicznym z różnych przyczyn, a głównie z powodu pogarszającego się bardzo mocno mojego stanu zdrowia. Moje ciało, szczególnie kręgosłup i kolana, są mocno eksploatowane i już dawno sugerowano mi operację kręgosłupa. Pojawił się też guz w podbrzuszu, który pomimo szeregu wykonanych badań, do dzisiaj jest niezdiagnozowany, chociaż już nie jest taki dokuczliwy, ale wówczas spędzał nam sen z powiek. Mój mąż potrzebuje pomocy we dnie i w nocy, więc jakakolwiek chirurgiczna interwencja to ostateczna ostateczność 🙂 Od początku naszej wspólnej drogi proszę Boga o siły fizyczne, bo to bardzo ważne w naszej sytuacji, ale proszę też o cierpliwość, wyrozumiałość i nieustanną pokorę, bo jednak nawet po tylu latach trudno osobie zdrowej, tak naprawdę zrozumieć co przeżywa człowiek prawie w 100% zdany na łaskę i niełaskę innych… Więc kiedy rozpoczęliśmy NP byliśmy oboje bardzo zdeterminowani, i w ogóle to było niewyobrażalne jak można codziennie, przez 54 dni odmawiać 3 Różańce w ciągu dnia! (od lat jesteśmy oboje w Różach Żywego Różańca, i ten dziesiątek już był niemałym wyzwaniem). Matka Boża jednak z dnia na dzień uspakajała moje serce. W trakcie pierwszej NP, a właściwie to już na samym Jej początku, dziwnym trafem ktoś dodał mnie do fejsbukowej grupy „Msza Święta z modlitwą o uzdrowienie”, gdzie bardzo mocno zaangażowałam się w modlitwę za osoby i intencje tam publikowane. Poznałam tam (wirtualnie) wiele fantastycznych osób, z którymi do dzisiaj jestem w kontakcie. Zaczęłam też trafiać (w tej grupie) na linki do ciekawych konferencji. Poznałam (wirtualnie 🙂 ) Galusa, „Dotyk Boga”prowadzony przez Michała Świderskiego, Te „znajomości” zaowocowały chęcią coraz głębszego poznawania Ducha Świętego, bo jak się okazało, to właściwie ja nic o Nim nie wiedziałam… Przez te ponad 3 lata, praktycznie cały czas (z niewielkimi kilkudniowymi przerwami na początku) odmawiam NP. Matka Boża przewróciła moje życie do góry nogami 🙂 Niby nic się zmieniło zewnętrznie, a cały mój świat, tzn. moje patrzenie, postrzeganie, wartościowanie zmieniło się diametralnie. 2 lata temu, też przypadkiem, a wiadomo „przypadek” to drugie imię Ducha Świętego 🙂 trafiłam razem z mężem na kurs Alpha organizowany w naszym mieście Bochni. Do dziś nie wiem jak to się udało :), ale mam przekonanie, że Matka Boża cały czas troszczy się i pomaga mi w najdrobniejszych, banalnych sprawach. W trakcie kursu, przed weekendem który miał być poświęcony Duchowi Świętemu, wybraliśmy się na pielgrzymkę do Łagiewnik (akurat był tydzień po święcie Bożego Miłosierdzia) i tam, tylko przez kilka sekund, poczułam tak silną Bożą Miłość, że miałam wrażenie jakby serce miało mi się rozpaść na tysiące kawałeczków, a jednocześnie było to tak błogie i radosne uczucie, że chciałoby się tak zostać na zawsze. Tydzień później na modlitwie o wylanie darów Ducha Świętego, Zmartwychwstały Pan wkroczył z wielką mocą w moje życie i od tej pory codziennie mnie zaskakuje 🙂 Po tym kursie, kiedy Bóg tak bardzo rozbudził serca uczestników, powstała wspólnota Strumienie Wody Żywej, która bardzo aktywnie działa ewangelizacyjnie w naszym mieście. Wspólnota daje siłę i umocnienie, a wspólnotowa modlitwa i uwielbienie Boga, pomaga w przełamywaniu swoich ograniczeń i przewartościowaniu swoich braków czy ułomności. We wspólnocie odkopałam talent, który ponad 20 lat drzemał uśpiony 🙂 zaczęłam znowu śpiewać (kiedyś coś tam chałturzyłam 😉 ) ale teraz już na chwałę Pana w diakonii uwielbienia, posługuję też modlitwą wstawienniczą. Po zeszłorocznych rekolekcjach wspólnotowych Pan Bóg uzdrowił mnie z przypadłości związanych z okresem przekwitania, który bardzo wcześnie i ciężko u mnie przebiegał być może w związku z wcześniejszymi operacjami (szczególnie dokuczliwe od kilku lat były bóle głowy), oraz uwolnił mnie od uciążliwych i nieprzyjemnych dolegliwości jelitowych (uchyłki i zespół jelita drażliwego). 15 sierpnia 2016 w Święto Wniebowzięcia Matki Bożej użądliła mnie osa (od maleńkości byłam uczulona i każde takie spotkanie z różnego rodzaju owadami było bardzo bolesne i kłopotliwe, chociaż z pomocy ambulatoryjnej raczej nie pamiętam żebym korzystała). Ale to użądlenie było jakieś szczególnie toksyczne… w bardzo krótkim czasie poczułam, że sztywnieje mi szczęka, ściska gardło, serce kołacze i cała byłam rozdygotana… to chyba nazywa się wstrząs anafilaktyczny. W odruchu paniki, ale i z wielkim zaufaniem stanęłam przed wizerunkiem Piety Limanowskiej, błagając o ratunek. Chyba całe życie klatka po klatce mignęło mi przed oczami, ale najważniejszy był mój Boguś, kto się Nim zaopiekuje, kiedy coś mi się stanie… Przenajświętsza, Bolejąca Matka po raz kolejny okazała mi jak bardzo troszczy się o swoje dzieci, jak bardzo kocha i jak wrażliwa jest na ból i ludzkie cierpienie. Ocaliła mnie, abym mogła dalej służyć i w modlitwie Różańcowej wypraszać łaski dla siebie i innych. Dzisiaj jestem zupełnie inną osobą i wciąż staram się, by zmieniać się na lepsze. Pewnie, że wciąż upadam, wciąż zdarzają się gorsze dni i kryzysowe momenty. Bardzo ubolewam nad moją bylejakością i niedbałością – to ciągła praca, czasem wręcz heroiczna i syzyfowa, kiedy oskarżyciel ciągle wywleka jakieś przypadłości „starego” człowieka we mnie, kiedy atakuje często nawet przez najbliższych wywlekając i rozdrapując bolesne sprawy. Zdarzają się nawet ataki fizyczne poprzez dziwne, niby dające się w sposób logiczny wytłumaczyć wypadki – a to potykam się na własnych nogach i mam spadać ze schodów (tu potężna interwencja mojego osobistego Anioła Stróża, który szarpnięciem do tyłu, uchronił mnie od upadku, kalectwa, a może nawet śmierci), to uderzę się klapą od samochodu, którą zamykam setki raz, to oparzę się żelazkiem ( 3 V tego roku dawałam świadectwo o NP, a przed wyjściem prasując pomiętą bluzkę chwyciłam za rozgrzane żelazko od przodu… nawet dziecko wie, że tak nie wolno robić!) W trakcie odmawiania NP kilka Różańcy zostało poszarpanych i zniszczonych w dziwny sposób (mam to udokumentowane), ale cóż on może 🙂 Jak to mówi może tylko posyczeć i postraszyć. Oczywiście nie można bagatelizować i lekceważyć działania diabła, ale też znowu nie ma się co trząść przesadnie, bo przy Maryi zawsze jest bezpiecznie 🙂 Moim pragnieniem jest odmawianie Nowenny Pompejańskiej do końca życia. Jest tyle próśb do omodlenia, tyle osób zwraca się o wstawiennictwo przez Serce Niepokalanej. No właśnie piękną praktyką jest nabożeństwo Pierwszych Sobót, o które prosiła Maryja w Fatimie, a które też już od dłuższego czasu staram się propagować przez swoje świadectwo. W każdym Różańcu staram się też pamiętać o duszach w czyśćcu cierpiących, aby przez modlitwę przynosić Im ulgę i prosić Je o modlitwę w intencjach, które polecam. A jak i kiedy się modlę? Idealnie, kiedy mogę wziąć Różaniec do ręki i poświęcić ten czas tylko modlitwie, ale niestety częściej zdarza się, że modlę się pracując, czy jadąc samochodem. Myślę, że najważniejsze jest oddanie serca i intencja, pragnienie modlitwy, a nie same okoliczności, w których się modlę. Nie boję się o posądzania o „klepanie” Różańca, niech ci co tak mówią, spróbują się modlić w każdej sytuacji, a Matka Boża przyjmie każdą „Zdrowaśkę” i każdą przemieni w konkretne, choć nie koniecznie już widoczne błogosławieństwo. Na modlitwie nie chodzi o komfort i uniesienia, ale o oddanie nawet tej swojej bylejakości. Przez to moje świadectwo pragnę oddać należną cześć Przenajświętszej Panience i pokazać jak w Jej cudownym Towarzystwie można w swoim ograniczeniu, codzienności i zwyczajności dokonywać rzeczy nadzwyczajnych 🙂 i być użytecznym narzędziem w rękach Boskiego Garncarza, który nieustanie tworzy nowe dzieła, angażując nas w swojej pracowni. Tak wiele zależy od każdego z nas! Gorliwą i wytrwałą modlitwą możemy góry przenosić i przemieniać czyjeś, a na pewno swoje życie! Dziękuję, że mogłam podzielić się z Wami moją radością i doświadczeniem Bożej Miłości. Niech Dobry Bóg w swej bezgranicznej hojności obdarza każdego z nas, przez Serce Maryi obfitością swej łaski i nieograniczonym bogactwem swego Miłosierdzia. Do zobaczenia kiedyś 🙂 cdn! oczekujcie 🙂
Zauważyłem, że mniej więcej w połowie nowenny mało skupiam się na rozmyślaniu różańca, a bardziej na "klepaniu zdrowasiek". Do tego ciągłe poczucie zwątpienia, "po co ja to robię", "to nie ma sensu", "to nie dla mnie". W swoim życiu (jak każdy) doświadczałem i doświadczam wzlotów oraz upadków. Nowennę pompejańską odmówiłem trzy razy. Teraz odmawiałem czwarty raz zachęcony przez ojca Adama Szustaka, który zorganizował wydarzenie (na Facebooku) wspólnego odmawiania nowenny. Modliłem się w intencji dostania się na swój wymarzony kierunek studiów. Nie widziałem w swoim życiu innej drogi, aniżeli zostanie architektem. Można by rzec, że miałem na tym punkcie obsesję. W momencie odmawiania nowenny miałem przeświadczenie, że moja prośba może być bardzo hedonistyczna i nie spodobać się Bogu. Że być może zostałem powołany do czegoś innego, a sam dobry Bóg ma inny plan wobec mnie, a ja, z uporem maniaka i naprawdę na przekór wszystkiemu idę ścieżką, którą obrałem. Dlatego w drugiej nowennie dodałem do intencji: "jeżeli taka jest Twoja wola...". Dzięki Bożej pomocy udało mi się dostać na studia i jestem wręcz przekonany, że zostałem wysłuchany w mojej modlitwie. Pragnę jednak coś zauważyć oraz podzielić się spostrzeżeniami. Otóż przed rozpoczęciem nowenny dużo czytałem o tym, że mogą dziać się różne dziwne, niekoniecznie zależne od nas rzeczy i niekoniecznie będą to zdarzenia przyjemne. Że szatan w ten sposób będzie próbował wymusić na nas zwątpienie. Owszem - i ja czegoś takiego doświadczyłem, zwątpienia. Zauważyłem, że mniej więcej w połowie nowenny mało skupiam się na rozmyślaniu różańca, a bardziej na "klepaniu zdrowasiek". Do tego ciągłe poczucie zwątpienia, "po co ja to robię", "to nie ma sensu", "to nie dla mnie". Ale jak już wcześniej napisałem, jestem człowiekiem upartym i powtarzałem sobie, że nawet gdyby moja prośba nie została wysłuchana, to nic, że mimo wszystko dokończę modlitwę, żeby być bliżej Boga. Dlatego jeżeli ktokolwiek z was będzie miał chociażby chwilę zwątpienia w sens tej modlitwy, w swoje życie, pamiętajcie: bądźcie uparci i nie dajcie się pokusie odpuszczenia. Jeżeli w trakcie modlitwy zaczniecie wątpić, zacznie wam się coś psuć w życiu, to znaczy, że trwacie w więzi z Bogiem, a szatan chce tę więź za wszelką cenę zerwać. Wytrwałości! Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć.
Boże rozdroża Pielgrzymki, procesje, samotnie, kościoły, bazyliki, sanktuaria, katedry… setki miejsc i sposobów na odszukiwanie Boga. W gwarze i tłumie wierni wyczekują na to, by usłyszeć Jego głos. Przemierzają setki, nawet tysiące kilometrów, żeby znaleźć się w świętym miejscu, okrzykniętym jako miejsce cudu. Żyjemy wiarą, nadzieję nosimy w sercu i fascynują nas wszelkie namacalne ślady Boga. W niedzielę zazwyczaj jestem na Mszy św. w kościele na osiedlu, na którym się wychowałam. Niedaleko kościoła znajduje się dom moich rodziców. Moja modlitwa jest szczera (bo staram się, by taka była) i z całego serca chcę znaleźć rozwiązania, które wprowadziłyby mnie na drogę bycia dobrym człowiekiem. Może za dużo sobie wyobrażałam… Sądziłam, że osiągnę poziomy uduchowienia tak dalekie, że będę tak życiowo mądra… Nic z tych rzeczy. Po tym, gdy najczęściej kontemplowałam na Chmielniku, postanowiłam wyruszyć dalej. Spakowałam torbę i wyruszyłam w poszukiwaniu odpowiedzi na moje najważniejsze pytania. Zaczęłam od polskich miast, katedr, bazylik i przejściu kilku świątyń, nadal Boski głos był niewyraźny. Zaczęłam tracić nadzieję, że znajdę swoją drogę. Chwyciłam w rękę różaniec, przygotowałam się do odmawiania Nowenny pompejańskiej i zrealizowałam postanowienie. Dopytałam nawet znajomą zakonnicę, czy w czasie jazdy samochodem odmawiany Różaniec się liczy. Powiedziała, że każda modlitwa się liczy. I takim oto sposobem, przy drobnej pomocy nagrań audio odmawianego Różańca, dotrwałam do końca nowenny. Powtarzana intencja wbiła się na stałe w myśli… aż dzień po zakończeniu odmawiania, zaczęłam mieć dziwne wrażenie. Na każdym kroku wypatrywałam spełnienia łaski. Zaczęło mi to przeszkadzać, bo powoli stawało się obsesją. I tak wyruszyłam do kolejnego miejsca kultu, by sprawdzić, czy może jednak Pan przemówi? Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną. Pozwoliłam, by życie toczyło się dalej. Zdałam się na własny rozum i sumienie. Co ma być, to będzie… Jak Bóg zechce, to mi się, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Modliłam się żarliwie, w różnych miejscach, na różańcu i własnymi słowami. Wiedziałam, że nic nie układa się na pstryknięcie palcami, ale ileż można czekać?... Błagałam o pomoc wielu świętych, nawet pewne zgromadzenie zakonnic odmawiało modlitwy w mojej sprawie. Aż pewnego dnia…Wszystko stało się proste. Smutne dni stały się tylko wspomnieniem. Poczułam się tak szczęśliwa, że mogłabym dzielić się tym szczęściem z całym światem. Dziwne, ale po krótkim czasie odniosłam wrażenie, że jestem tak radosna od zawsze? Może i głupie, ale człowiek szczęśliwy jest niczym odurzony. Wie, po co żyje i to życie smakuje najlepiej. Prawdopodobnie jest też tak, że do dobrego można się bardzo szybko przyzwyczaić. Miesiąc, dwa i trzy… euforia nadal trwa. Modlitwy błagalne zamieniłam na dziękczynne i każdym oddechem okazuję wdzięczność. Pierwsze zachłyśnięcie się powoli minęło i odkryłam, że najpiękniejsze spełnione marzenie potrafi mieć swoją ciemną stronę. Toteż przyszło zwątpienie i kilka łez wylanych. Czy to naprawdę teraz jest to spełnienie mojej intencji? A co jeśli dopiero spotka mnie prawdziwe szczęście?Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Obietnica pompejańska została spełniona i poza tym dostałam nauczkę. Czasem zrzucamy na Pana Boga całą odpowiedzialność za siebie. Dostaliśmy wolną wolę i sami możemy wiele osiągnąć, bez zrzucania całego ciężaru na Opatrzność. Marzenia wydają się nierealne? Zostaliśmy wyposażeni w tyle wspaniałych i cennych wartości, że osiągniecie może być prostsze niż może się wydawać. I wtedy Bóg do mnie przemówił…Moje doświadczenie życiowe, umiejętności i pragnienia wskazały na jeden konkretny cel. Nic na tym świecie nie jest bez wad, a ponadto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedna wada może mi się wydawać bardziej przerażająca jednego dnia, a całkiem bez znaczenia innego. Mam swoje humory, jak każdy. Może na swojej drodze spotkałam ludzi, którym moja pomoc jest potrzebna?Bóg wszędzie słyszał mnie tak samo. Na Wawelu, w bazylice i w kościele parafialnym na osiedlu też. Jeździłam za realizacją wyobrażeń i oczekiwań. Zamiast nadstawiać uszu, powinnam była otworzyć serce. Nigdzie nie spotkałam więcej Boga niż w drugim człowieku… w jego miłości, trosce, szacunku i szczęściu. Boga mamy na wyciągnięcie ręki, a może nawet i bliżej…Kochaj i szanuj drugą osobę, jak samego siebie. Z tą wskazówką daną dwa tysiące lat temu, przemierzam świat. I wiem już, że nie w pojedynkę. Tak naprawdę nigdy nie byłam sama. W czasie wyprawy na Maderę, wyruszyłam szlakiem na przylądku św. Wawrzyńca. Szłam raz w górę raz w dół. Ponta de Sao Lourenco było jednym z najbardziej wymagających miejsc całej wyspy. Raz spacerek za rękę i wesołe pogaduchy, a za chwilę ledwo łapałam oddech w trudnej wspinaczce, którą dodatkowo utrudniał żar lejący się z nieba. Po drodze napotkałam pozostawiony przez kogoś różaniec. Jego jasny kolor prawie zlał się z kamieniami. Wtedy zrozumiałam, że powinnam modlić się moim szczęściem, dzielić się nim i zarażać radością. Zachłanne zamykanie się na innych nie wyjdzie na dobre. Pokochałam drugiego człowieka i spotkałam Boga. Nic nie jest w stanie zastąpić miłości. Wiele par, rodzin i przyjaciół podążało szlakiem Ponta de Sao Lourenco. Trzymali się za ręce, obejmowali, pomagali w drodze. Od najmłodszych dzieci i nastolatków, po małżeństwa, nawet te z długim, kilkudziesięcioletnim stażem. Pewna starsza para poprosiła o zrobienie zdjęcia na końcu szlaku. Popatrzyłam na tych ludzi i widziałam w nich szczere, płynące z serca uczucie. Wtedy zrozumiałam, co to znaczy, że Bóg jest wszędzie. Tekst Katarzyna Smolińska Galeria zdjęć
Świadectwa wielu świętych potwierdzają, iż niebo, piekło i czyściec nie są wytworami ludzkiej wyobraźni lub hipotetycznymi rzeczywistościami, lecz realnymi stanami – bardziej pewnymi niż otaczający nas świat. Po sądzie w chwili śmierci dusza każdego z nas trafi do jednego z tych miejsc. Życie i świat przemija, ale życie po śmierci jest wieczne… W jednej ze swych wizji św. Faustyna ujrzała dwie drogi: „Jedna [była] szeroka, wysypana piaskiem i kwiatami, pełna radości i muzyki i różnych przyjemności. Ludzie szli tą drogą, tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca, nie spostrzegając się, że już koniec. A na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli – ze łzami w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był wspaniały ogród przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach” (Dz. 153). Pierwsza z opisywanych dróg to droga do piekła, druga zaś – do nieba. Wybór każdej z nich zależy wyłącznie od nas samych… „Nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,13) Święta Faustyna bardzo współczuła osobom niewierzącym w życie wieczne. „O mój Boże – pisała – jak mi żal ludzi, którzy nie wierzą w życie wieczne, jak się modlę za nich, aby ich promień miłosierdzia ogarnął i przytulił ich Bóg do łona ojcowskiego” (Dz. 780-781). Mistyczka przestrzegała też, by nie odkładać na później spowiedzi świętej. Żaden człowiek nie zna ani czasu, ani okoliczności swego odejścia z tego świata. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” – mówi Pan Jezus (Mt 25,13). Śmierć może nadejść nagle, w najmniej przez nas oczekiwanym momencie. Może to być śmierć na przykład w wyniku tragicznego zdarzenia, które przerwie naszą młodość. Może ona też stanowić kres długoletniej choroby wieńczącej naszą starość. W tym wypadku człowiek ma więcej czasu, żeby się przygotować na odejście. Śmierć może więc nastąpić nagle lub też przebiegać w formie powolnej agonii. Dlatego też tak ważne jest, by często i regularnie korzystać z sakramentów świętych i na spowiedzi świętej natychmiast powstawać z każdego śmiertelnego grzechu. Niektórzy święci radzą wręcz, by co miesiąc wyznaczyć sobie jeden dzień, w którym uporządkowalibyśmy wszystkie nasze sprawy oraz wyspowiadalibyśmy się tak, jakbyśmy się mieli przygotować na dobrą śmierć. W Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy: „Tajemnica losu ludzkiego ujawnia się najbardziej w obliczu śmierci. W pewnym sensie śmierć cielesna jest naturalna, ale dzięki wierze wiemy, że jest ona »zapłatą za grzech« (Rz 6,23). Dla tych, którzy umierają w łasce Chrystusa, jest ona uczestniczeniem w Śmierci Pana, by móc także uczestniczyć w Jego Zmartwychwstaniu” (KKK 1006). Święta Faustyna tak opisała wizję swoich przedśmiertnych cierpień: „Nagłe osłabnięcie – cierpienie przedśmiertne. Nie była to śmierć, czyli przejście do życia prawdziwego, ale skosztowanie jej cierpień. […] Przychodzi lęk dziwny pomimo ufności. Pragnęłam przyjąć ostatnie sakramenty święte, jednak spowiedź święta przychodzi bardzo trudno, pomimo pragnienia spowiadania się. Człowiek nie wie, co mówi; jedno zacznie, drugiego nie kończy. O, niech Bóg zachowa każdą duszę od tego odkładania spowiedzi na ostatnią godzinę. Poznałam wielką moc słów kapłana, jaka spływa na duszę chorego. Kiedy się zapytałam ojca duchownego – czy jestem gotowa stanąć przed Bogiem i czy mogę być spokojna, otrzymałam odpowiedź: możesz być zupełnie spokojna, nie tylko teraz, ale po każdej spowiedzi tygodniowej. – Łaska Boża, jaka towarzyszy tym słowom kapłańskim, jest wielka. Dusza odczuwa moc i odwagę do walki” (Dz. 321). „O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów, ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mąk piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą” (Dz. 426). Moment śmierci będzie straszny dla ludzi, którzy w ciągu ziemskiego życia świadomie i dobrowolnie pogrążyli się w niewoli grzechów. Natomiast dla ludzi czystego serca śmierć będzie przejściem do pełni życia w Chrystusie. „Śmierć została przemieniona przez Chrystusa. Także Jezus, Syn Boży, przeszedł przez cierpienie śmierci, właściwej dla kondycji ludzkiej. Mimo swojej trwogi przed śmiercią przyjął ją aktem całkowitego i dobrowolnego poddania się woli Ojca. Posłuszeństwo Jezusa przemieniło przekleństwo śmierci w błogosławieństwo” (KKK 1009). „W śmierci Bóg powołuje człowieka do siebie. Dlatego chrześcijanin może przeżywać wobec śmierci pragnienie podobne do pragnienia św. Pawła: »Pragnę odejść, a być z Chrystusem« (Flp 1,23); może przemienić własną śmierć w akt posłuszeństwa i miłości wobec Ojca, na wzór Chrystusa” (KKK 1011). Piekło naprawdę istnieje! Podczas sądu w chwili śmierci „tak” powiedziane Chrystusowi stanie się niebem lub czyśćcem, natomiast odrzucenie Jego miłości stanie się piekłem. Jeden z najbardziej znanych egzorcystów świata, ks. Gabriele Amorth, powiedział, że „największym podstępem diabła jest wmówienie ludziom, że go nie ma”. W czasach, w których znaczna część społeczeństwa nie wierzy w istnienie piekła i szatana, zachodzi nagląca potrzeba przypominania, iż jest to prawdziwa rzeczywistość, której istnienie potwierdzają liczne świadectwa świętych, mistyków czy osób, które przeżyły tzw. śmierć kliniczną. Niezwykle przejmującą wizję piekła przekazała nam św. Faustyna: „Dziś byłam w przepaściach piekła […]. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką […] jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka – jest ustawiczne towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk, są męki dla dusz poszczególne, które są mękami zmysłów, każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej […]. Niech grzesznik wie, jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą; piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jako tam jest. Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. […] To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam, że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło. Kiedy przyszłam do siebie, nie mogłam ochłonąć z przerażenia, jak strasznie tam cierpią dusze, toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich. O mój Jezu, wolę do końca świata konać w największych katuszach, aniżelibym miała Cię obrazić najmniejszym grzechem” (Dz. 741). Matka Boża w Fatimie objawiła dzieciom trzy tajemnice. W pierwszej tajemnicy przekazała prawdę o istnieniu piekła. Maryja przypomniała nam, że ostateczną konsekwencją odrzucenia Boga przez człowieka jest piekło. 13 lipca 1917 r. dzieci fatimskie doświadczyły wizji piekła, którą na polecenie biskupa opisała s. Łucja: „Zobaczyliśmy jakby morze ognia. Zanurzeni w tym ogniu byli diabli i dusze w ludzkich postaciach podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli. Postacie były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron, jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru i równowagi wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle. Przerażeni, podnieśliśmy oczy do naszej Pani, szukając u Niej pomocy. A Ona pełna dobroci i smutku rzekła do nas: »Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je ratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo mego Niepokalanego Serca. Jeżeli się zrobi to, co wam powiem, zostanie wielu przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie«”. Siostra Łucja wspominała, iż wizja piekła do tego stopnia przeraziła siedmioletnią Hiacyntę, „że często siadała ona na ziemi lub na jakimś kamieniu i zadumana zaczynała mówić: »Piekło, piekło, jak mi żal tych dusz, które idą do piekła, i tych ludzi, którzy tam żywcem płoną, jak drzewo w ogniu«. Drżąc, klękała z rękami złożonymi, aby powtarzać modlitwę, której Pani nasza nas nauczyła: »O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba, a szczególnie te, które najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia«”. Potężna moc modlitwy i ofiarowanego cierpienia Orędzie fatimskie, będąc ostrzeżeniem i naglącym wezwaniem Matki Bożej do nawrócenia, „nie jest jednorazowe. Jej apel musi być podejmowany z pokolenia na pokolenie, zgodnie z nowymi »znakami czasu«. Trzeba nieustannie do niego powracać. Trzeba go podejmować wciąż na nowo” – mówił św. Jan Paweł II. Matka Boża prosiła w Fatimie o modlitwę, pokutę oraz o ofiarowanie Jezusowi cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników, ponieważ największym zagrożeniem dla człowieka i ludzkości jest ateizm, trwanie w grzechu i brak nawrócenia, czyli życie takie, jakby Boga nie było. Wszyscy jesteśmy wezwani do modlitwy i ofiarowywania każdego cierpienia w intencji nawrócenia grzeszników, którzy idą drogą prowadzącą do wiecznego potępienia. „Rozumiem wartość najmniejszych ofiar – pisała służebnica Boża s. Maria Józefa Menéndez – Jezus je zbiera i posługuje się nimi dla zbawienia dusz. Wielkim zaślepieniem jest unikanie cierpienia, choćby w najdrobniejszych rzeczach, skoro ono ma ogromną wartość nie tylko dla nas, ale służy także do ocalenia wielu dusz” (Wezwanie do miłości. Zapiski objawień Pana Jezusa siostrze Józefie Menéndez, s. 244). Jak potężna jest moc modlitwy za konających, opisywała św. Faustyna. Pan Jezus ją prosił: „Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Kapłani będą podawać grzesznikom, jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łask z nieskończonego miłosierdzia Mojego” (Dz. 687). Innym razem Pan Jezus powiedział do niej: „»Córko Moja, pomóż Mi zbawić pewnego grzesznika konającego; odmów za niego tę koronkę, której cię nauczyłem«. Kiedy zaczęłam odmawiać tę koronkę, ujrzałam tego konającego w strasznych mękach i walkach. Bronił go Anioł Stróż, ale był jakby bezsilny wobec wielkości nędzy tej duszy; całe mnóstwo szatanów czekało na tę duszę. Jednak podczas odmawiania tej koronki ujrzałam Jezusa w takiej postaci, jak jest namalowany na tym obrazie. Te promienie, które wyszły z Serca Jezusa, ogarnęły chorego, a moce ciemności uciekły w popłochu. Chory oddał ostatnie tchnienie spokojnie. Kiedy przyszłam do siebie, zrozumiałam, jak ta koronka ważna jest przy konających, ona uśmierza gniew Boży” (Dz. 1565). Święta Teresa od Dzieciątka Jezus również modliła się o nawrócenie grzeszników. Świadectwo jej dowodzi, iż modlitwa ma wielką moc i może doprowadzić do nawrócenia nawet największego grzesznika, i to dosłownie w ostatniej chwili przed śmiercią. „Słyszałam kiedyś – pisała św. Teresa – jak rozmawiano o wielkim zbrodniarzu, który miał być skazany na śmierć za straszne morderstwa; wszystko wskazywało na to, że umrze, nie okazując żalu. Chciałam za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by poszedł do piekła, i wykorzystałam w tym celu wszystkie dostępne mi środki. […] Ofiarowałam Dobremu Bogu wszelkie nieskończone zasługi Naszego Pana, skarby Kościoła Świętego, wreszcie poprosiłam Celinę [siostra świętej – przyp. J. G.], by zamówiła Mszę św. w moich intencjach […]. Chciałam, by wszystkie stworzenia zjednoczyły się ze mną w celu uzyskania łaski dla winnego. W głębi serca czułam pewność, że moje pragnienia będą zaspokojone, niemniej, chcąc na przyszłość dodać sobie odwagi do modlitwy za grzeszników, mówiłam Dobremu Bogu, że ufając niezłomnie nieskończonemu miłosierdziu Jezusa, jestem najzupełniej pewna, iż przebaczy biednemu nieszczęśnikowi Pranziniemu, i wierzyć w to będę nawet wtedy, gdyby nie wyspowiadał się i nie okazał żadnego znaku skruchy, jednak o ten znak proszę. […] Moja modlitwa została wysłuchana dosłownie! […] Nazajutrz po jego egzekucji wpadł mi w ręce dziennik: »La Croix«. Otworzyłam go pośpiesznie i co zobaczyłam? […] Pranzini bez spowiedzi wstąpił na gilotynę i gotował się do włożenia głowy w ponury otwór, gdy nagle, poruszony niespodziewanym natchnieniem, obrócił się, chwycił krucyfiks podany mu przez kapłana i trzykroć ucałował jego święte rany! Potem jego dusza poszła przyjąć miłosierny wyrok” (św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Dzieje duszy). Święta Faustyna pisała, jak zachowują się ludzie w agonii w różnych stanach grzeszności: „Często towarzyszę duszom konającym i wypraszam im ufność w miłosierdzie Boże, i błagam Boga o wielkość łaski Bożej, która zawsze zwycięża. Miłosierdzie Boże dosięga nieraz grzesznika w ostatniej chwili, w sposób dziwny i tajemniczy. Na zewnątrz widzimy, jakoby było wszystko stracone, lecz nie tak jest; dusza oświecona promieniem silnej łaski Bożej ostatecznej zwraca się do Boga w ostatnim momencie z taką siłą miłości, że w jednej chwili otrzymuje od Boga [przebaczenie] i win, i kar, a na zewnątrz nie daje nam żadnego znaku, ani żalu, ani skruchy, ponieważ już na zewnętrzne rzeczy oni nie reagują. O, jak niezbadane jest miłosierdzie Boże. Ale o zgrozo – są też dusze, które dobrowolnie i świadomie tę łaskę odrzucają i nią gardzą. Chociaż już w samym skonaniu, Bóg miłosierny daje duszy ten moment jasny wewnętrzny, że jeżeli dusza chce, ma możność wrócić do Boga. Lecz nieraz u dusz jest zatwardziałość tak wielka, że świadomie wybierają piekło; udaremnią wszystkie modlitwy, jakie inne dusze za nimi do Boga zanoszą, i nawet same wysiłki Boże” (Dz. 1698). Sąd w chwili śmierci Święty Jan od Krzyża pisał, że „pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni z miłości”. Całe nasze ziemskie życie powinno być dojrzewaniem do miłości i przygotowywaniem się na godzinę śmierci. Jest to najważniejszy moment naszego życia na ziemi, bo wtedy zadecyduje się nasza wieczność: zbawienie albo potępienie. Wtedy będzie liczyła się tylko miłość. Kościół katolicki w swoim nauczaniu uświadamia nam, że „śmierć kończy życie człowieka jako czas otwarty na przyjęcie lub odrzucenie łaski Bożej ukazanej w Chrystusie. Nowy Testament mówi o sądzie przede wszystkim w perspektywie ostatecznego spotkania z Chrystusem w Jego drugim przyjściu, ale także wielokrotnie potwierdza, że zaraz po śmierci każdego nastąpi zapłata stosownie do jego czynów i wiary. Przypowieść o ubogim Łazarzu i słowa Chrystusa wypowiedziane na krzyżu do dobrego łotra, a także inne teksty Nowego Testamentu mówią o ostatecznym przeznaczeniu duszy, które może być odmienne dla różnych ludzi” (KKK 1021). „Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa, i albo dokonuje się przez oczyszczenie, albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba, albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki” (KKK 1022). O wiele więcej znajdziesz w naszym sklepie!
Czy podczas odmawiania nowenny mogę zajmować się dziećmi , teoretycznie jak odmawiam różaniec to zdaża się że dzieci mi zaczynają przeszkadzać.. nie zawsze jest tak ale zdaża się.. boję się że przez to nie zostanie wysłuchana moja prośba.. Witam jest tu nowa. Mój mąż prowadzi firmę od 4 lat pogrążył nas w długi mamy ich sporo prawie milion zł Chciałam mu pomóc i wypłaciłam od rodziców z kąta 300 tys są zagranica były to ich wszystkie oszczędności jeszcze o niczym nie wiedza a dług się nie zmniejsza modlę się od roku to św Judy odmawiam różańce i do św Józefa Stoję w miejscu nie potrafię z tym żyć brak mi chęci do życia nie potrafię żyć z tym co zrobiłam moim rodzicom Jedynie co mnie powstrzymuje od zrobienia czegoś głupiego jest moja 7 letnia córka dla niej wstaje z łóżka i modlę się o lepsze jutro o inwestycje dla męża która pomogła by nam z tego bagna wyjść Proszę was o pomoc o modlitwę Miałam poważne problemy z nastoletnia córka. Wagary, alkohol, narkotyki. Skończyła gimnazjum w ośrodku jednak zaszła w ciążę i urodzila w wieku 15 lat. Pomimo macierzyństwa nadal piła i brała mefedron. Nie zajmowała sie dzieckiem. Postanowiłam odmówić nowenne z prośbą o jej przemiane. I wtedy córka zaczęła widzieć postać w nocy. Pytała czemu się modlę myśląc że tez ją widze. I pewnego dnia poczułyśmy spaleniznę w pokoju. Ze strachu spałyśmy razem z dzieckiem. Od tej nocy zaczęły sie dziwne rzeczy. Coś nie dało mi spać, czułam obecność ktora budziła we mnie strach. Głosy, ryki, coś mnie budzilo. Czasem nie spałam do rana i budzilam sie wykończona z placzem. Nawet wizyta u egzircysty nie pomogła. Czułam też złą obecność za drzwiami pokoju kiedy sie modliłam. W domu było slychac kroki a córka czuła jak ktos dmucha jej w kark. Zakończyłam mimo to nowenne. Na początku bez wiekszego skutku. Ale z czasem córka zaczęła spotykac sie ze spokojnym chłopakiem, przestała pić i brac. Nie zajmowała sie dużo dzieckiem ale i tak bylam wdzięczna Matce Świętej za jej przemiane. Po kilku miesiącach, kiedy się zupełnie nie spodziewalam calkiem sie wyciszyla, zaczęła ze mna dużo rozmawiać, zajmować sie dzieckiem. Nawet mało wychodzi ze znajomymi. Wiem, że to dzięki mojej modlitwie i zostałam wysłuchana. Cześć wszystkim, Piszę,bo juz nie daje rady. Mimo moich trzech zmowionych nowenn nie zostalam wysłuchana jeszcze. Tkwie w toksycznym związku,w którym jestem poniżania ,krytykowana i uzależniona od humorków partnera. Na próby rozmowy reaguje nerwowo i krzykiem. Bardzo go kocham ,ale też bardzo przez niego cierpie, ja już nie daje rady, psychicznie sie wykanczam, a do niego nic nie dociera. Mimo to chciałabym jeszcze dac mu szanse, modląc sie za niego. Czy istnieje jakąś modlitwa o zmiane zachowania,charakteru drugiej osoby? Zeby sie zmienił :( moze modle sie nie tak,ze nie zostaje wysluchana. Myślałam,ze ta nowenna pomoże go zmienic albo chociaz doda mi siłę do zakończenia tego zwiazku. Wierze,ze w głębi serca jest dobrym człowiekiem. Mimo wszystko chwała Panu i Maryji . Szukaj w tagach Tagi
dziwne rzeczy podczas odmawiania nowenny